JoomlaTemplates.me by Cheap Hosting

Wspomnienie

9 października 2020 roku w wieku 81 lat zmarła dr n. med. Helena Kuleszo-Kopystecka, jedna z założycielek hospicjum w Białymstoku.

Urodziła się 2 marca 1939 r. w Wilnie. Po ukończeniu studiów medycznych w 1963 roku pracowała w Zakładzie Fizjologii Akademii Medycznej w Białymstoku. W 1972 roku obroniła doktorat, po czym od 1976 roku pracowała w Regionalnym Ośrodku Onkologicznym w Białymstoku. Przez całe życie pracowała z chorymi na raka, wiele lat jako lekarz szpitala onkologicznego, potem białostockiego hospicjum przy ulicy Sobieskiego. Najważniejszym motywem zobowiązującym do powołania w 1987 roku Towarzystwa Przyjaciół Chorych była śmierć z powodu raka płuc jej ojca.

Dr Helena Kuleszo-Kopystecka mówiła dziennikarce Polskiego Radia Białystok: „Bałam się śmierci. Na oddziale, na którym pracowałam, na moim dyżurze umierał mój ojciec. Byłam tam lekarzem. Lekarzem, który zleca jakieś leczenie, jakieś postępowanie. Uważałam, że wystarczy podawać leki i to zaspokoi wszystkie potrzeby umierającego człowieka. A to nieprawda. 23 lata, które przepracowałam na oddziale onkologii nie nauczyły mnie prawidłowego opiekowania się chorym. Bałam się widoku cierpienia mojego ojca, nie mogłam znieść jego cierpienia. Nie potrafiłam mu towarzyszyć. Nie umiałam właściwie postąpić, nie odnalazłam się w tej roli. Nie umiałam przy nim zostać. Nie potrafiłam stanąć obok Ojca i mu towarzyszyć. Była przy tym pielęgniarka i to ona, a nie ja, mu towarzyszyła. Strach przed śmiercią w tym przypadku wziął górę. To było straszne, ciężkie doświadczenie dla mnie. Wypisywanie aktu zgonu własnego ojca jest doświadczeniem rozdzierającym. Nie odnalazłam się i to mnie bardzo bolało przez całe życie. Chciałabym odwrócić tę scenę, ale nie da się. Teraz w sposób zupełnie dojrzały mogę sprostać zadaniu przy umieraniu moich chorych w hospicjum. Przez posługiwanie chorym umierającym uczymy się towarzyszenia, uczymy się obrazu śmierci. Ktoś kto posługuje umierającemu otrzymuje więcej niż daje. Bo cóż daje? Obecność. Ale za to uczy się śmierci, oswaja się z nią, przestaje się jej tak bardzo bać.” (z reportażu „Proszę mi umyć stopy” Agnieszki Trofimiuk)
To doświadczenie upewniło ją, że „Bóg z największego nieszczęścia wyprowadza jakąś dobrą rzecz” (wywiad w książce Zbudować dom, Białystok 2015). Drugim motywem była sytuacja odsyłania pacjentów onkologicznych, którzy nie mogli być leczeni przyczynowo, ze szpitala ogólnego do onkologicznego i z powrotem, aż w końcu do domu, gdzie miała zająć się nim bezradna rodzina, pozbawiona jakiejkolwiek realnej pomocy. To wszystko sprawiło, że zaczęła szukać ludzi chętnych do wolontaryjnego posługiwania chorym, dobrze nastawionych i przygotowanych do towarzyszenia osobom umierającym i ich rodzinom. W 1987 roku została pierwszym prezesem Towarzystwa Przyjaciół Chorych Hospicjum, funkcję tę pełniła 4 lata. Dzięki staraniom hospicyjnej wspólnoty powstał dom przy ulicy Świętojańskiej, a następnie hospicjum przy ulicy Sobieskiego, w którym niemal do końca posługiwała chorym. W 2015 roku doktor Kopystecka została uhonorowana nagrodą im. Krzysztofa Kanigowskiego za, jak napisała kapituła: „niesłabnącą gotowość niesienia pomocy i ulgi, zwłaszcza za jej starania o zachowanie godności ludzi chorych”.
Doktor Helena Kuleszo-Kopystecka została pochowana na cmentarzu Wszystkich Świętych (dawniej św. Rocha) w Białymstoku.

Dr n. med. Dariusz Kuć
Białostockie Hospicjum dla Dzieci; Zakład Medycyny Paliatywnej Uniwersytet Medyczny w Białymstoku

 

Doktor Helena Kuleszo-Kopystecka była osobą zacności wielkiej i mądrości wielkiej. Rozmawiając z nią miałem nieraz wrażenie, że słucham osoby mądrej. Nie tylko wykształconej - tych spotykam wiele - ale mądrej. Oczywiście, że imponowała wiedzą, ale widać było jak potrafi tę wiedzę przekazać i wcielać ją w życie. Jak pięknie mówiła o chorych i o opiece nad nimi; jak potrafiła rozpoznawać i diagnozować ich choroby. Widać w niej było troskę o chorego - całościową troskę o całego człowieka. Nie była technologiem medycyny, jawiła się jako lekarka z powołania. Zawsze akcentowała i podkreślała wielką wagę opieki duchowej, konieczność obecności kapelana w szpitalu i w hospicjum. Człowiek chory musiał być według niej traktowany kompleksowo, holistycznie. Lekarz zajmował się leczeniem ciała, pielęgniarka - opieką, kapłan - leczeniem duszy.
Ileż ona wyrażała zatroskania o chorych i jednocześnie - ile zakłopotania ignorancją wielu lekarzy, którzy chorych nie potrafili leczyć należycie, gdyż nie umieli rozpoznać chorób, które dotykały tych ludzi. Szczególnie ubolewała nad - zbyt częstą jej zdaniem - nieumiejętnością rozpoznawania chorób nowotworowych. Podkreślała przy tym, że lekarze powinni być na schorzenia onkologiczne szczególnie wyczuleni, bo schorzeń owych jest coraz więcej. Swoje opinie wyrażała zdecydowanie, jednoznacznie, ostro - może nawet czasami niektórzy mogli uznać ten sposób ekspresji werbalnej za obcesowy. Było to jednak bardzo autentyczne. Pani doktor Helena była szczera i bezpośrednia. Mówiła to, co myślała i czuła, niczego nie owijała w przysłowiową bawełnę. Była wymagająca, ale wymagała przede wszystkim od siebie. Ubolewała nad niedociągnięciami w opiece nad chorymi. I to ubolewanie też nieraz wyrażała z wielką emfazą. Mocno to ją bulwersowało.
Mogę powiedzieć, że postać Ś.P. Doktor Heleny nabiera szczególnego blasku w dobie koronawirusa, w czasie, gdy tak wielu wystraszonych lekarzy izoluje się od chorych i ogranicza się do "teleporad”. Pani Doktor nigdy by czegoś podobnego nie uczyniła.

Ks. Marek Czech
Kapelan Hospicjum "Dom Opatrzności Bożej" w Białymstoku

 

Poznałem Panią Doktor Helenę w 1988 roku, pod koniec drugiego roku studiów. Razem z doktorem Tadeuszem Borowskim-Besztą, Panią Zuzanną Pasławską, doktorem Stanisławem Kilukiem i kilkoma innymi ludźmi wielkiego serca podjęli się rok wcześniej założenia Towarzystwa Przyjaciół Chorych „Hospicjum”, i to w czasach, kiedy zrzeszanie się przez władze komunistyczne praktycznie było uniemożliwiane. W życie hospicyjne zaangażowany był mój Ojciec, Jarosław, który jako wolontariusz opiekował się przez wiele miesięcy chorą na nowotwór, aż do jej śmierci. Doktor Helena mieszkała w sąsiednim bloku, mieliśmy wspólne podwórko, ten sam przystanek autobusowy i często się już wcześniej widywaliśmy. Jako student, zafascynowany medycyną, dzieliłem swój czas po zajęciach na naukę, próby chóru akademickiego i towarzyszenie Doktor Helenie w jej dyżurach w oddziale onkologicznym. Była Ona moim pierwszym mentorem, nauczyła mnie badania fizykalnego, osłuchiwania pacjenta. W czasie wieczornych obchodów omawiała poszczególnych pacjentów. Poznawałem z zainteresowaniem nowych wówczas dla mnie pojęć: guz Ewinga, guz Pancoasta, czerniak, chłoniak taki a taki. Po obchodzie zawsze czekała mnie długa rozmowa o medycynie, o życiu, o tym, co najważniejsze. To Doktor Helena prowadziła na studiach zajęcia z leczenia bólu i to od Niej usłyszałem w 1991 o drabinie analgetycznej WHO.
Wiosną 1992 roku, kiedy wpadłem do Doktor Heleny na oddział, kończyła właśnie pracę. Tego słonecznego dnia była bardzo podekscytowana, koniecznie chciała mi coś pokazać. Pospiesznie ubrała się i zaprowadziła mnie, przyspieszając kroku na róg ulicy Warszawskiej i Świętojańskiej. Pokazała mi nieduży murowany domek, w stanie opłakanym.

dr Helena Kuleszo-Kopystecka i dr Stanisław Kiluk przed budybkiem Hospicjum przy ul. Sobieskiego 1

 

Kiedy do niego weszliśmy, przeciskając się pomiędzy łóżkami, mnóstwem przeróżnych zgromadzonych rzeczy, przywitały nas uśmiechnięte osoby, jakiś pan, który okazał się i pacjentem i rezydentem tego, jak się po latach dowiedziałem, pierwszego hospicjum stacjonarnego w Polsce. Szczęście malowało się na twarzy Doktor Heleny. Nie zdawałem sobie sprawy, że ten mizerny budyneczek był kamieniem milowym w powstaniu opieki paliatywne w Polsce. Mniej więcej w tym czasie lub niedługo potem powstały kolejne hospicja stacjonarne w naszym kraju, pierwsze w Europie Centralnej i Wschodniej.
Niedługo potem, po ukończeniu studiów, wyjechałem za granicę i kontakt z Doktor Heleną w tym czasie się urwał. Po latach podjąłem pracę w hospicjum w Warszawie i na nowo odżyła serdeczna przyjaźń. Odwiedzałem Ją wówczas w nowym, jednym z największych hospicjów stacjonarnych w Polsce, w Białymstoku przy ulicy Sobieskiego. Myślę, że moje poświęcenie się medycynie paliatywnej jest Jej zasługą. I pewnie wiele z moich Koleżanek i Kolegów w Białymstoku tak by napisało.
Doktor Helena pozostawiła po sobie dziedzictwo, nie tylko w formie stowarzyszenia hospicyjnego, współtworzenia jednych z pierwszych w Polsce hospicjów domowych i stacjonarnych, ale też formacji dziesiątek lekarzy, pielęgniarek i wolontariuszy. Zarażała bezinteresownością, a pracę w hospicjum uczyniła swoim spełnieniem się. Doktor Helena kochała człowieka i w tej miłości się zatracała. W jednym z artykułów napisała: „Kochać to znaczy słuchać. Nabywanie umiejętności słuchania drugiego człowieka wiąże się z pewną postawą, którą chrześcijanie nazywają »umieraniem« dla własnych pojęć i wyobrażeń, dla własnej wrażliwości i własnej wygody” (Gościna w Sercu 2014; 79(2);7-11). Pielęgnuję pamięć o Doktor Helenie i chwilach, jakie mi poświęciła.

Dr n. med. Tomasz Dzierżanowski
Kierownik Pracowni Medycyny Paliatywnej w Zakładzie Medycyny Społecznej i Zdrowia Publicznego, Warszawski Uniwersytet Medyczny; Dyrektor Medyczny Caritas Diecezji Warszawsko-Praskiej; Wiceprezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Paliatywnej; Zastępca Redaktora Naczelnego czasopisma Medycyna Paliatywna/Palliative Medicine

Odsłony: 530