Hospicjum to też życie

Pod takim hasłem przebiegała jesienna kampania (2005 r.), której celem było i jest uwrażliwienie na potrzeby nieuleczalnie chorych osób.
Chciałabym się podzielić moimi spostrzeżeniami, wrażeniami wyniesionymi z wolontariatu w hospicjum.

Jak to się zaczęło.

Do hospicjum jakoś mnie ?ciągnęło? od momentu, gdy usłyszałam o tej inicjatywie, tylko ciągle było mi nie po drodze.
Relacja w TV Białystok była takim kamyczkiem, który poruszył lawinę. Coś się zaczęło...
Znalazłam w internecie stronę www.hospicja.pl i wysłałam e-maila do pani dr Jolanty Iwanowskiej (prezes Towarzystwa Przyjaciół Chorych w Białymstoku) z pytaniem: czy mogę pomóc, czy mogę się jakoś przydać? Odpowiedź nadeszła szybko ? właśnie rozpoczyna się kurs wolontariuszy, proszę zajrzeć i zorientować się czy to będzie pani odpowiadało. Ha, zatem jest konkret ? idę na kurs.
Miałam szczęście a może to była po prostu Opatrzność, bo trafiłam na najciekawszy wykład z całego cyklu. Płomyk, który gdzieś tam się tlił zapalił się mocniej. I choć kolejne wykłady okazywały się coraz nudniejsze ? wiedziałam, że bardzo chcę spróbować i zobaczyć, co z tego wyniknie.

Motywy.
Dla mnie to był niezwykły świat, jakiś nierzeczywisty, w którym ludzie coś z siebie dają innym. Patrzyłam z podziwem na wolontariuszy kręcących się po hospicjum i jednocześnie nie byłam pewna motywów, jakie mną kierują. Czy to nie chęć jakiegoś podbudowania własnego ego?
Dziś wiem, że na dłuższy dystans nie da się przychodzić aby coś podbudować, przynajmniej ta obawa okazała się na wyrost. Będąc w hospicjum odnajduję innych, tych najbardziej potrzebujących, po prostu czysta, żywa Ewangelia: daliście mi pić, daliście mi jeść, odwiedziliście mnie ? to co wydawało się takie tajemnicze i niedostępne tu jest takie oczywiste, proste, czasami aż bije po oczach.

Początek.
Na początku trochę się bałam, jak się w tym wszystkim odnajdę. Czy potrafię zachować spokój, znaleźć cierpliwość czy wytrzymam?
I wytrzymałam niedługo minie 1,5 roku, raz w tygodniu staram się przychodzić na 3 ? 4 godzinny dyżur. Mamy swój grafik (wolontariusze) bo czasami jest tak, że chorych nie starcza dla wszystkich (: a czasami tylko dwoje wolontariuszy biega po piętrach i pokojach, więc żeby to jakoś uporządkować wpisujemy się do grafika.

Chwile dobre i trudne.
Zdarzają się trudne i ciężkie chwile, gdy ktoś odchodzi a ból i rozpacz rodziny jest tak wielka, że aż w gardle coś się zaciska, gdy zdarzają się nieporozumienia pomiędzy personelem a wolontariuszami pomimo najlepszych chęci.
Ale przeważają chwile dobre, przepełnione spokojem i miłością, która tam promieniuje ze wszystkich stron, tylko trzeba umieć patrzeć.
Czasami bardzo wyraźnie widzę, że więcej otrzymuję niż daję z siebie. Co takiego otrzymuję, trudno to ująć słowami ale spróbuję, uczestniczę w wymianie miłości, ci wyciszeni długą chorobą i cierpieniem ludzie promieniują jakimś blaskiem, są piękni (w sposób odmienny od tego co w świecie uchodzi za piękne) choć szkiełkiem i okiem tego zobaczyć nie sposób.

Podopieczni.
Trafiają się różni podopieczni (tak nazywamy chorych w hospicjum) tacy jak św. pamięci pan Aleksander, który mawiał, że trafić tu to szczęście w nieszczęściu. Był otwarty na innych ludzi i pogodny, wdzięczny za opiekę, cieszył się, że nie jest sam, że tylu ludzi go odwiedza.
Tacy jak św. pamięci pani Stanisława, żyjąca we własnym świecie, tylko oczami potrafiąca powiedzieć czego chce, bo wargi już się nie składały do słów.
Tacy jak św. pamięci pani Lidia, energiczna i rozżalona, że tak się nią niemrawo zajmują. Potrzebowała trochę uwagi, czasu poświęconego wyłącznie dla niej. Personel medyczny, pielęgniarki nie mogą poświęcić chorym tyle czasu ile potrzebują, bo mają do ośmiu osób pod swoją opieką. Tu jest obszar do działania dla wolontariuszy być dla chorego, tylko dla niego, przez parę godzin, spełniać czasami drobne ale jakże ważne życzenia, napisać list, posłuchać wspomnień, przynieść coś do picia z kuchni, wyskoczyć po zakupy, pomodlić się. Tacy jak Krystian, młody chłopak ścięty genetyczną chorobą.

Nie jesteś samotną wyspą.
Krystiana poznałam pewnego czerwcowego wieczora w hospicjum. Wcześniej omijałam pokój, w którym leżał bo trochę się bałam, trochę nie wiedziałam co miałabym powiedzieć. Zaglądałam na krótko mówiąc dzień dobry i zmykałam w popłochu dalej.
Krystian odstawał od reszty chorych, po pierwsze był młodszy - ma dwadzieścia parę lat, po drugie krążyła opinia, że jest trudny, kapryśny.
Coś mnie wtedy natchnęło, żeby na koniec dyżuru zajrzeć do jego pokoju. Nawiązała się bardzo sympatyczna rozmowa, która rozwiała moje obawy czy dam radę nawiązać nić porozumienia. Rozmawialiśmy o muzyce, której słucha, o jego stronie www, o mojej pracy. Okazał się uroczym rozmówcą i tego dnia akurat wcale nie był kapryśny i trudny.
Ponieważ był to jego ostatni tydzień w hospicjum [wracał do domu] poprosił abym go odwiedziła. Obiecałam, że na pewno do niego zajrzę, dostałam adres i numer telefonu.
Następnego tygodnia zadzwoniłam umówiłam się na wizytę. I tak do dziś zaglądam do niego raz w tygodniu.
Kogo widzę gdy patrzę na niego? Widzę ciężko chorego człowieka, nie wstającego z łóżka, który potrzebuje pomocy przy wszystkich czynnościach prócz mówienia, patrzenia, słuchania.
Co czuję kiedy patrzę na niego? Może prościej napisać czego nie czuję, więc nie czuję litości, zakłopotania, frustracji, lęku. Współczuję mu ciężkiego doświadczenia i z podziwem patrzę jak to próbuje znosić. Dostał mu się ciężki kawałek drogi, jest chory na vhl - chorobę von Hippel-Lindau'a. Walka z chorobą trwa już kilka lat, nie ma na nią lekarstwa, jest na tyle rzadka, że lekarze nie posiadają pełnej wiedzy na jej temat.
Krystian stara się realizować swoje marzenia, jednym z nich było stworzenie strony o chorobie, zebranie informacji i doświadczeń na jej temat i podzielenie się z innymi. Marzenie stało się rzeczywistością strona zaistniała, jeżeli zechcecie dowiedzieć się czegoś więcej zajrzyjcie www.vhl.pl, prawdziwą radość sprawicie Krystianowi wpisując się do księgi gości.
Pomimo choroby Krystian stara się realizować swoją osobowość, przy pomocy innych, którzy użyczają mu swych rąk.

Rodziny chorych.
Widzę jak niektóre rodziny wspaniale opiekują się swoimi bliskimi, cały czas ktoś z nich jest przy łóżku, zmieniają się, dyżurują. Patrzę jak niesamowicie cierpliwie i troskliwie czuwają i serce mi rośnie bo jest to coś niezwykłego w dzisiejszych czasach. Oni mają w sobie jakiś spokój, siłę, nie wiem czy to wiara daje taką moc czy wzajemna miłość. Chorzy są pogodni, nie marudzą, nie kapryszą, pełna harmonia. Rozmowa z nimi jest przyjemnością, zazwyczaj komplementują nas, za to, że przychodzimy, poświęcamy czas i siły. Odpowiadamy, że to nic takiego my jesteśmy tu raz, dwa razy w tygodniu i nie jesteśmy tak obciążeni emocjonalnie, bo nie nasi bliscy tu leżą. Tak się trochę przerzucamy komplementami.
Są też rodziny, które z zapracowania, zabiegania nie mogą poświęcić swoim bliskim tyle czasu, uwagi, wtedy dla wolontariuszy otwiera się pole do działania.
Zdarzają się też dramatyczne sytuacje, ponad ludzkie siły. Matka, która opiekuje się obłożnie chorym synem, wymagającym dużo czasu i opieki non stop. Huśtawka nastrojów, nerwowość, coś takiego potrafi wykończyć. Nie można zabrać tego brzemienia ale można być, posłuchać płaczu, wspomnień jak kiedyś było, pomóc zorganizować jakieś wyjście, na pielgrzymkę, na koncert. Jak skrzyknie się grupka wolontariuszy to kolejne dyżury pozwalają zapełnić cały dzień, dzień który dla matki jest świętem. Trzeba widzieć ten błysk w oku.

Wolontariusze.
Miałam szczęście bo od owego kursu w listopadzie 2004 roku wszystko nabrało rozpędu, wolontariusze mają swoje spotkania formacyjne. Raz w miesiącu msza w kaplicy hospicjum i omówienie spraw bieżących, trudnych, inicjatyw na przyszłość, wyjazdów na szkolenia czy rekolekcje. Mamy swojego duszpasterza. Jakoś się to ładnie organizacyjnie zgrywa.
Takie spotkania są ważne, tak się buduje wspólnota, która daje siłę do przeczekania trudnych chwil.
Spoglądam czasami na innych wolontariuszy podczas ich służby i serce mi rośnie, dosłownie rośnie, bo widzę bezinteresowność, troskliwość, chęć niesienia pomocy. I uczę się od nich jak wspaniałym potrafi być człowiek. Są to ludzie młodzi, studenci, pracujący, emeryci, bezrobotni, różni ludzie ale coś ich łączy.

 

Zaproszenie.
To jest naprawdę coś niezwykłego, na myśl przychodzi mi ewangeliczna perła znaleziona w ziemi - tak myślę o swoim uczestnictwie w tej rzeczywistości hospicyjnej. Dziękuję Bogu i jakoś nie chciałabym się z tą "perłą" rozstawać. Być może jest to lekarstwo na tą pokręconą, zabieganą, komercyjną atmosferę coraz ciaśniej otaczającą zdezorientowanych ludzi. Lekarstwo, które sprowadza problemy do ich właściwych rozmiarów, które pozwala się wyrwać z kręgu własnego ja. Odetchnąć inną rzeczywistością, czystszą, prawdziwszą, w jakiś sposób piękniejszą.
Dzisiejszy człowiek szczególnie - tak mi się wydaje - nosi w sobie potrzebę bezinteresowności. Potrzebuje jej jak powietrza żeby trochę rozprostować wokół siebie i w sobie ten pokręcony świat.

Beata Bogdanowicz

Odsłony: 1926