Byłem wolontariuszem

Kilka lat temu,  przez okres kilku miesięcy prosiłem Pana Boga  o uczynienie mnie żniwiarzem na Jego "polu".

    Prosiłem o jakieś poletko, gdzieś na uboczu, gdzieś pod lasem i może być zachwaszczone. Nie wiedziałem konkretnie o co proszę w odniesieniu do rzeczywistości ziemskiej. Prosiłem o jakieś tam Jego poletko.

Swego czasu odbywały się wybory ławników do sądu. Jeden z naszych pracowników zapragnął pracować jako ławnik. W naszej małej firmie handlowej brak pracownika przez kilka godzin, szczególnie w okresie wiosenno-letnim, bardzo niekorzystnie wpływa na jej funkcjonowanie, sprzedaż i obsługę klientów. Pracownik ten nie otrzymał ode mnie zgody. Z lekkim uśmiechem na twarzy, z niezbyt  do końca szczerą intencją, powiedziałem mu: "jak masz pan chęć popracować społecznie, to proszę pójść do hospicjum i popracować jako wolontariusz". Ucieszony, że dobrze rozegrałem tą sprawę  z pracownikiem, poczułem się zwycięzcą !

Nie minęło kilka dni, a tu przychodzi myśl: " a ty do hospicjum innym radzisz, a ty co ?".  Ta myśl przychodziła do mnie coraz częściej i coraz bardziej natarczywie. Odpędzałem ją od siebie. "Ja do hospicjum, ja - ten  co boi się ciężko chorych,  ich twarzy  zniekształconych nieraz przez  ból i cierpienie, ich wychudzonych nóg i rąk obciągniętych tylko białą skórą, ja który, który boję się nawet samych stojaków z kroplówkami i ja mam tam iść - Już na samą myśl robiło się nie dobrze a co dopiero tam być !?" Ta moja walka trwała może kilka tygodni. Jednak myśl o hospicjum była nieprzejednana, nieustępliwa i nie dawała mi spokoju.

Postanowiłem, że pójdę i pomyślałem, że przechytrzę tą natrętną myśl. Poproszę  o mycie naczyń, obieranie ziemniaków, warzyw, jakieś tam sprzątanie, żeby być w hospicjum, ale jak najdalej od chorych. Z  dr Tadeuszem ustaliłem, że będę przychodził w niedziele Wielkiego Postu od godz. 8.30 do 15.00.  W domu, przed żoną i córką zakrywałem jak tylko mogłem swoje niepokoje, udawałem spokojnego - a wewnątrz była galareta.

Nadeszła I niedziela Wielkiego Postu. Rano o 7.00 jestem na Mszy św. Modlę się cały czas tak samo: "- Panie Jezu daj mi moc i siłę by tam wytrwać, by nie uciec, by nie stchórzyć". O godz. 8.30  byłem  w hospicjum przy ul. Sobieskiego. Poczułem zapach szpitala. Cicho - nie słychać jęków chorych. Na korytarzu pusto. Po kilku chwilach idzie pielęgniarka, która nie zwraca na mnie żadnej uwagi, nie pyta co ja tu robię albo co chcę. Zaczynam więc nieśmiało:  "ja, ja tu ustaliłem z panem doktorem, że będę przychodzić co niedzielę i będę pomagać". Pani pielęgniarka krótko odpowiedziała - " a pan  wolontariusz ? - to proszę przebrać się w biały fartuch, który znajdzie pan w piwnicy i pomoże pan kucharce roznieść śniadanie chorym."

Ona powiedziała  "pan  wolontariusz" - wielkie słowo. Oj, żeby ona wiedziała jaki ze mnie wolontariusz, to by się chyba rozpłakała nade mną.

Znalazłem fartuch. Pani w kuchni stawiała na tacy naczynia a ja roznosiłem po pokojach. Wchodziłem do pokoju, stawiałem naczynia na szafki przy chorych i szybko wychodziłem na korytarz. Śniadanie rozniesione!

NAGLE pielęgniarka woła: "wolontariusz - idziemy do sali nr 6 i pan pokarmi Krystiana" - nogi zrobiły się jakby z waty, słyszę serce buch !, buch !, buch !, czuję gorąco po plecach. "Boże pomóż wytrwać !". Weszliśmy do sali nr 6, pani pielęgniarka powiedziała krótko:"- to jest Krystian,   a to nowy wolontariusz  -   pan Andrzej (powiedziała pan chyba dlatego, że jestem po 50-tce ). Panie Andrzeju proszę pokarmić Krystiana a po śniadaniu umyć zęby, twarz i ręce". Zdołałem tylko wykrztusić z siebie, że nigdy tego nie robiłem. Krystian odzywa się:  " - panie Andrzeju, ja wszystko panu powiem" i uśmiecha się do mnie. Ten chory  Krystian, mówi do  przestraszonego wolontariusza  z  uśmiechem.  Ja zdrowy wolontariusz mam przestraszone oczy, nierówny oddech, watowe nogi, a chory dwudziestolatek, sparaliżowany - uśmiecha się do mnie !. NIESAMOWITE !!!   i w tym momencie coś we mnie pękło lub coś nowego się narodziło. Strach stał się mniejszy, wyrównał się oddech i nogi przestały drżeć.

Tak rozpoczęła się moja przygoda z wolontariatem, tak rozpoczęła się moja przyjaźń z Krystianem, lecz mimo wszystko czekałem na godzinę 15-tą.

W hospicyjnej kaplicy rozpoczęła się Msza św. - a ja do domu. Wyszedłem na podwórko, zatrzymałem się, poczułem się mocniejszy, poczułem wielką radość  i satysfakcję. Dotrwałem, nie uciekłem, nie stchórzyłem. Z każdą niedzielą było już tylko lepiej.

    Z Krystianem zaprzyjaźniliśmy się na dobre. Opowiedział mi o swojej chorobie. " Choroba zaatakowała jeszcze przed maturą  ale zdążyłem zdać egzamin maturalny. Później już tylko szpitale i operacje. Było ich ponad 10. Choroba posadziła najpierw na wózek inwalidzki, by po kilku miesiącach położyć do łóżka na stałe, bez możliwości siadania, bez możliwości poruszania nogami i w końcu nawet rękoma".

Z hospicjum kilka razy wracał Krystian do domu, lub do szpitala na kolejne operacje. Co dwa lub trzy tygodnie odwiedzałem go. Spotkanie trwało dwie lub trzy godziny. Trudne pytania z jego strony - pytał o Bożą sprawiedliwość, o sens cierpienia. Idąc do niego prosiłem Boga: "Panie Boże - Ty mów przeze mnie, bo ja od siebie nic nie mogę w obliczu tak wielkiego cierpienia". To Krystian uczył mnie rozmawiać o sprawach trudnych i ważnych dla chorego, rozmawiać bez owijania w bawełnę. Chorzy nie lubią kadzenia i pustych słów.

Po roku znajomości, już prawie bez skrępowania, rozmawialiśmy o sprawach ostatecznych. Umówiliśmy się, że jeżeli ktoś z nas pierwszy  trafi do Nieba, to jego zadaniem będzie przygotować ławeczkę w "parku niebiańskim" z dala od głównej alejki i z dala od kobiet, ponieważ kobiety rozpraszają nas w rozmowach. Krystian uśmiechał się i wyrażał zgodę.

SENS CIERPIENIA - doszliśmy z Krystianem do wniosku, że bez cierpienia nie ma miłości, dlatego na świecie jest cierpienie, by mogła wzrastać miłość !.

Tylko jak wytłumaczyć jeszcze cierpienia dzieci, ludzi młodych - To Pan Bóg upatruje w nich swoich pomocników do pomnażania miłości.

Krystian wierzył w reinkarnację. Żartobliwie powiedziałem do niego: "Krystian, jeśli w drugim wcieleniu będziesz kurą a ja robakiem i jeżeli wygrzebiesz mnie z ziemi, to ty mnie zjesz?, przecież jesteśmy dobrymi przyjaciółmi".

To chyba pomogło mu zrozumieć bezsens reinkarnacji i już więcej nie wracaliśmy do tego tematu. Bardzo lubił rozmawiać o cierpieniu Chrystusa, patrzeć na krzyż, słuchać rozważań drogi krzyżowej. Odszedł do Domu Pana w dwudziestym trzecim roku życia. Umierał spokojnie. Dwa razy odmówiliśmy koronkę do Bożego Miłosierdzia. Pierwszy raz w życiu było mi dane  tak blisko (duchowo) być przy śmierci człowieka.

    Do hospicjum chodziłem w Wielkim Poście,  przez miesiąc sierpień, w Adwencie i jeszcze w Wielkim Poście. Dość szybko poznałem wszystkich chorych. Rozmawiałem z nimi na różne tematy. Najczęściej o domu, o bliskich.

Kiedyś w wolnej chwili odmawiałem różaniec z panią Marysią, na łóżku obok leżała pani Maria z nowotworem mózgu. Nic nie mówiła, sprawiała wrażenie osoby nieprzytomnej, bez kontaktu. W trakcie modlitwy zauważyłem jak pani Maria zginała kolejno palce prawej ręki po kolejnych Zdrowaś Maryjo. Widok modlącej się bez słów pani Marii był niesamowity, jakby chciała pokazać swój udział we wspólnej modlitwie, zaznaczyć swoją obecność.

Pamiętam pana Zygmunta co grał jeszcze w toto - lotka, pana Dymitra, któremu przynosiłem ze sklepu napoje gazowane,  a z panem  Anatolem umawialiśmy się na grzyby, był kierowcą w Nadleśnictwie Czarna Białostocka, lubił opowiadać o Puszczy Knyszyńskiej  i o lesie, w którym znał wiele dobrych, grzybowych miejsc. Nie zdążyliśmy !.

Cechą charakterystyczną przyjaźni hospicyjnych jest krótki czas ich trwania, liczony najczęściej na dni, tygodnie, a czasami miesiące, wyjątkowo na lata.

Swój dyżur w hospicjum rozpoczynałem od odwiedzenia chorych. Przechodząc z pokoju do pokoju myślałem czy jest jeszcze chory, czy już puste łóżko, a może zobaczę nową twarz? Za tych, których nie było szeptałem "wieczny odpoczynek racz im dać Panie ....". Kończyłem tak samo, przechodziłem wszystkie sale by pożegnać się z chorymi, ponieważ tydzień w hospicjum, to bardzo długi odcinek czasu, co ludziom zdrowym trudne jest do uświadomienia. Hospicjum pozwoliło mi zrozumieć, uświadomić tymczasowość człowieka na ziemi. Kruchość życia i jego szybkie przemijanie i to, że ludzie zdrowi są potrzebni ludziom chorym, a chorzy są bardzo potrzebni zdrowym by ich leczyć z egoizmu i niewiary. Czym jest HOSPICJUM nie zrozumie człowiek niewierzący, a nawet  ktoś małej wiary. Hospicjum to wielka kuźnia miłości.

BOŻE - dziękuję Ci, że pozwoliłeś trafić do hospicjum, bym choć trochę uleczył się na duchu.

PS. Czy to było Boże Poletko ?,  Chyba tak.  Dziwne to było poletko.

Andrzej Markowski. Białystok, dn. 22.04.2007r         
(trzeci dzień po pierwszej rocznicy śmierci Krystiana)

Na stronie Krystiana poświęconej chorobie vhl jest księga gości gdzie wpisują się jego przyjaciele a także ludzie szukający informacji o chorobie -  www.vhl.pl.

Odsłony: 3522