Hospicjum - fantastyczna przygoda

Cześć, nazywam się Rafał, obecnie mam 27 lat. Chciałbym Wam opowiedzieć o swojej przygodzie i przemianie w Hospicjum "Dom Opatrzności Bożej" w Białymstoku. Rozpocząłem ją w styczniu 2008 rok, miałem wtedy 24 lata. Gotowi...? No dobra, to zaczynamy.
Od jakiegoś już czasu poczucie winy i wyrzuty sumienia coraz bardziej rozszarpywały moją duszę niczym hieny padlinę. Bo lubiłem sobie kiedyś dobrze popić, zabawić się i jak to młodzież mówi poimprezować, ;) . Konsekwencje moich często nieprzyzwoitych zachowań i niepotrzebnie wypowiedzianych słów, skutecznie odbierały mi zwyczajną radość życia.

- O... mówią w telewizji o hospicjum. Potrzebują wolontariuszy - mama powiedziała jakby sama do siebie. Właśnie od tego momentu myśli o wolontariacie skutecznie drążyły moją głowę. To będzie moja pokuta, zadośćuczynienie, żeby żyć lepiej, no i nowe doświadczenie. Może nauka zawodu? - to moja wstępna motywacja. Znajduję numer. Dzwonię. Mówię w jakiej sprawie. Po czym umawiam się na spotkanie z przełożoną wolontariuszy - panią Danielą.

Po pierwszej rozmowie i pierwszym zmierzeniu się z lękiem i moimi dziwnymi przekonaniami o tym miejscu, zostaję zaproszony na szkolenie, które każdy z przyszłych wolontariusz przejść musi. Jest to siedem spotkań, jeden raz w tygodniu. Na szkoleniu w hospicjum około 50 osób. Większość to dziewczyny. Tematy różne, od historii wolontariatu, po duchowość, psychologię i asystowanie przy łóżku chorego.

Im bliżej końca kursu a tym samym wejścia i służby. Ludzi zaczyna stale ubywać. Jestem rozczarowany, zdumiony, lekko zaniepokojony. Zaraz uruchamia się myślenie: to musi być bardzo trudne, czymś się zarażę, przeżyję traumę, wpadnę w depresję, ja sobie z tym nie poradzę skoro tylu rezygnuje, coś schrzanię i będę żałował, i wiele innych dziwnych, co się zresztą później okazało nieracjonalnych myśli. Poddać się i nie spróbować? To nawet kuszące, ale nie w moim stylu.

Pierwszy dzień. Wchodzę do środka. Wpisuję się na listę. Imię i nazwisko. Data. Godzina. Schodzę na dół. Przebieram się w fartuch. Zmieniam buty. Krótka modlitwa dla otuchy. Po chwili spotykam koleżankę. Razem jakoś tak lepiej, raźniej. Idziemy do pokoju pielęgniarek "pokazać się" i wziąć rękawiczki ? higiena jest bardzo ważna.

Pierwszy dzień mijał, ja chodziłem po hospicjum i oglądałem co gdzie i do czego. Patrzyłem jak się karmi i sam próbowałem. - Rafał, Ty się dopiero uczysz ? powtarzałem sam do siebie.

Przez pierwszych kilka miesięcy przychodzę dwa, trzy razy w tygodniu na jakieś dwie godziny. Im dłużej posługuję, czuję się pewniej, odważniej. Mam mniej lęku i obaw. Poznaję co i gdzie się znajduje oraz ludzi, od personelu po wolontariuszy. Każdy dzień to tajemnica, którą odkrywam na nowo.

Powiem wam teraz o moim kontakcie z pacjentami. Bo to oni są przecież najważniejsi, to dla nich tam jesteśmy - my wolontariusze. Niektórzy pacjenci chcą rozmawiać, inni nie chcą lub nie są w stanie. Kontakt z chorymi wygląda mniej więcej tak: wchodzę do sali mówię "dzień dobry", przedstawiam się - imię, nazwisko, kim jestem, pytam, czy mogę wejść - ot taki zestaw ;). Nie zawsze pacjenci życzą sobie obecności, a wtedy grzecznie mówię "przepraszam", wychodzę, idę dalej.

Najczęściej to jest tak: siadam przy łóżku chorego, wymiana spojrzeń i wyczekiwanie. Po chwili on albo ja pytam, podejmuję rozmowę albo dalej milczę. Tak jak uczyli na szkoleniu - staram się podążać za chorym, on mnie prowadzi, niczego nie narzucam, zadaję dyskretne pytania. O cokolwiek, jak leci?, co słychać ? To jakoś tak samo się dzieje. To zrozumienie. Ja mam tylko gotowość. Wiele pytań o istotę życia i śmierci, na które odpowiadam zgodnie z prawdą - nie wiem. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to przecież czas i miejsce na teoretyzowanie.

Zacznę od karmienia pacjentów. Tu potrzeba trochę cierpliwości i wyczucia. Łyżka za łyżką i jedzenie znika. Często razem z posiłkiem podaję też leki, bo inaczej pacjent ich nie weźmie. Taki drobny ale skuteczny podstęp ;).

Do moich powinności należy też czytanie książek choremu. Czytałem bardzo rzadko. Tak się składało, że książka nie była potrzebna.

Kolejną czynnością jest przewijanie pacjentów - zmiana pampersa. Nie będę ściemniał, ale próbowałem jak mogłem tego unikać. Do momentu kiedy pielęgniarka mnie zawołała i głupio się było już wymigać. Musiałem się przemóc. Sporo nieprzyjemnych emocji mnie to kosztowało, aż po wykrzywianie twarzy, ale tylko na początku.

Czasami też wychodziłem z pacjentami na podwórko, na posesję hospicjum. Używałem do spacerów wózków inwalidzkich. Heh... niezapomniane uczucie troski o drugiego człowieka i wdzięczności z jego strony.

Sprawdzam także kroplówki. Kiedy jest pusta, informuję o tym pielęgniarkę. Jestem jakby łącznikiem między pensjonariuszami, a personelem. Będąc w pokojach widzę co się w danym momencie dzieje i czego chorzy potrzebują.

Opowiem Wam teraz o takiej sytuacji, którą wyjątkowo przeżyłem. Pacjentka, kobieta w podeszłym już wieku, poprosiła mnie abym skontaktował się z jej jedynym synem, bo chciała z nim porozmawiać. Było to dla niej naprawdę ważne. On od dłuższego już czasu jej nie odwiedzał. Bardzo jej wtedy współczułem. Pojechałem pod wskazany przez nią adres i zastałem jej syna... wypitego i co się okazało. Był w ciągu alkoholowym i nie w stanie odwiedzić matki. Poczułem złość, oburzenie i olbrzymią bezsilność. Ale i przypomniałem też siebie, kiedy nadużywałem alkoholu. Ciężko mi było to wszystko pojąć. Ale te spotkanie widocznie było mi potrzebne...

Robię też pacjentom zakupy. Lubię tę czynność - być w trasie. Pamiętam pana, któremu odebrałem wygraną w toto-lotka. Nie była to może jakaś oszałamiająca kwota, trochę ponad 100 zł. Widziałem wtedy w nim autentyczną radość i szczęście, a ja cieszyłem się razem z nim.

Kontakty z pacjentami często dawały mi bardzo dużo radości i zadowolenia. Przeplatane ze smutkiem, wyzwalające refleksję i zadumę nad życiem i przemijaniem, jak człowiek odchodził już tam na ?drugą stronę..." Pamiętam, że w czasie wakacji około dwóch tygodni pracowałem na podwórku. Ciąłem deski, malowałem je, wbijałem gwoździe. Obijałem okna ? takie proste działanie. Razem z kolegą dobrze się przy tym bawimy. Jestem zmęczony, ale i zadowolony i wdzięczny, że mogę się do czegoś przydać. Później podziękowanie i uścisk ręki kierownika ? bezcenne.

Koledzy i sąsiedzi kiedy spotykali mnie i pytali co u mnie, to mówiłem zgodnie z prawdą, że pomagam w hospicjum. Jestem wolontariuszem, a co, niech wiedzą. Jest to dobrze postrzegane i przyjmowane przez innych, wyzwala ciekawość, podziw i szacunek. Czy ktoś tego nie lubi ? :). Zadają dużo pytań oraz zdziwienie tych którzy mnie wcześniej znali. Natomiast we mnie pojawia się duma, poczucie siły i skuteczności. Jest mi naprawdę przyjemnie. W tej kwestii nigdy nie grzeszyłem skromnością;).

Teraz trochę o relacjach z innymi wolontariuszami. Mijają kolejne tygodnie posługi. No i stajemy się sobie coraz bliżsi. Pojawia się otwartość i większe zaufanie, jakich wcześniej nie było. Pozwala mi to bardziej się otworzyć. Więcej powiedzieć o sobie, a tym samym oni też dla mnie mówią. Hospicjum to miejsce, które wytwarza specyficzne warunki do otwartości.

Organizujemy wspólne wyjścia do kawiarni. Posiedzieć sobie i porozmawiać nieraz na trudne tematy, ale i radosne, dużo śmiejemy się i żartujemy. Poznaję fantastycznych ludzi, za co jestem wdzięczny i radosny, że zaryzykowałem i zostałem wolontariuszem. Muszę Wam powiedzieć, że do jednej koleżanki z pracy poczułem nawet coś więcej niż tylko sympatię. Zaczęło między nami iskrzyć ;). Bardzo mi się podobała, a ja dla niej. Kontynuowaliśmy znajomość poza hospicjum. Dalej nie będę rozwijał tej historii, reszta to już moja tajemnica :). W ogóle się nie spodziewałem, że w "takim" miejscu, takie relacje są w ogóle możliwe, a jednak...

Bóg, wiara, duchowość, to dla mnie trudne tematy. Szczerze wam powiem, że z Bogiem było mi jakoś nie po drodze. Miałem dużo buntu, za niewykorzystane sytuacje. Wiele żalu i rozgoryczenia, za moje problemy w życiu, nieprzyjemne sytuacje w rodzinie. Byłem zagubiony, nie wiedziałem jak mam zacząć myśleć, jak wierzyć, że jest inaczej, że Bóg chce dla mnie mimo wszystko jak najlepiej. Na mszę w hospicjum chodzę bardziej z wewnętrznego przymusu niż wewnętrznej potrzeby. Bałem się co inni o mnie pomyślą, Ci którzy chodzili do kaplicy regularnie. Chociaż tam nikt do niczego nikogo nie zmuszał. Chciałeś wierzyć i się modlić to dobrze, a jak nie chciałeś, to też nie było problemu.

Z czasem i z Bogiem również jakoś tak zaczęło się lepiej układać ;). Niektórzy chorzy chcieli się wspólnie modlić. Przypomniałem sobie nawet kilka modlitw i parę nowych poznałem. Wszystko przychodziło w swoim czasie. Nic na siłę, nic od razu. Jak owoc dojrzewa na drzewie, tak i ja dojrzewałem do swojej duchowości.

Po 8-9 miesiącach mojego wolontariatu, przychodziłem do hospicjum już trochę rzadziej. Przyczyniły się do tego moje powody osobiste, o których nie będę Wam tutaj pisał, a także braku czasu. Po około 11 miesiącach, w grudniu uczestniczyłem w hospicjum we wspaniałej wigilii - dużo ludzi, niesamowita atmosfera, życzenia i dzielenie się opłatkiem... Miłość, serdeczność i radość ? tych uczuć chyba najmocniej doświadczyłem;).

I właśnie tym wydarzeniem kończę swoją podróż z tym wspaniałym, a zarazem tajemniczym miejscem.

Kiedy tak z perspektywy czasu patrzę na swój wolontariat, to muszę się Wam do czegoś przyznać. Wszystko co sobie wcześniej wyobrażałem o tym zagadkowym miejscu, po prostu się nie sprawdziło, było zupełnie inaczej;).

Niektóre momenty rzeczywiście były ciężkie, to fakt, ale tylko na początku drogi. Naprawdę trudno mi wyrazić słowami co otrzymałem w zamian, dając siebie drugiemu człowiekowi. Trzeba to po prostu przeżyć. Hospicjum to fantastyczna podróż, wędrówka w głąb samego siebie. Mogłem poznać swoje mocne i słabe strony. Bliżej się przyjrzeć sobie.

Między innymi zobaczyłem, że bardzo przejmowałem się drobiazgami, które urastały do gigantycznych rozmiarów. Wolontariat, skutecznie sprowadził mnie na ziemię, wyprowadził z iluzji. Dzięki temu mogłem zobaczyć co jest w życiu naprawdę ważne. Dało mi to solidne fundamenty, na których dalej buduje swoje inne, lepsze życie. Po tych jedenastu miesiącach wolontariatu już nic nie było takie jak dawniej.

wdzięczny wolontariusz Rafał Guzowski

tekst pochodzi ze strony: http://www.mmbialystok.pl

Odsłony: 2932