Być z chorym do końca

Jolanta Iwanowska: Oj tak, wyjątkowo uciążliwy. Chodzony, jak mówimy, bo cały czas było co robić. A do tego w szpitalu nie najcieplej. Ale tak pracujemy, po dyżurze nie idziemy do domu.

- W szkole średniej fascynowałam się działalnością Alberta Schweitzera. To francuski teolog, filozof i pianista. Chociaż odnosił sukcesy zawodowe, nie czuł zadowolenia. Zadawał sobie nieustannie pytanie. jak może żyć dla innych. Taką możliwość pojawiła się zupełnie niespodziewanie. W jednym z czasopism przeczytał artykuł o misji w Kongo, straszliwej nędzy tamtejszej ludności i braku lekarzy. Poczuł, że właśnie odnalazł drogę, że to właśnie jest ta służba, którą pragnie pełnić. Skończył studia medyczne i wyjechał do Afryki, W Kongo, w malej wiosce, zbudował szpital i leczył ludzi. Był dla mnie wzorem. Ja też czułam, że powinnam pracować wśród ciężko chorych.

- Moja mama jest pielęgniarką, przez 40 lat pracowała jako oddziałowa bloku operacyjnego. Pochodzi z Chodorówki koło Suchowoli, po szkole, w końcu lat 50., dostała nakaz pracy do szpitala w Gołdapi. I pierwszą osobą, którą tam poznała był mój ojciec. 0 medycynie, zdrowiu, mówiło się w naszym domu często, choć akurat mama odradzała mi ten zawód, bo wiedziała, jak jest trudny dla kobiety. Ale ja mamy nie posłuchałam. Po studiach dostałam propozycję pracy na hematologii, gdzie odbywałam staż z chorób wewnętrznych, jednak ciągnęło mnie w stronę onkologii. Na miejsce tutaj musiałam czekać rok.

- Do śmierci nie można się przyzwyczaić, ale trzeba ją zaakceptować, wszyscy przecież umrzemy. Oczywie, trudno pogodzić się, kiedy umierają osoby młode, dzieci, czy kiedy śmierć następuje w sposób bardzo dramatyczny, bądź kiedy są ograniczone możliwości leczenia. Lekarz też zadaje sobie pytania, dlaczego chory umiera i bardzo często nie potrafi na nie odpowiedzieć. Pozostaje mu pomagać do końca w godnym odejściu ze świata. Z niektórymi chorobami nie umiemysobie po prostu poradzić.

- Za moich czasów nie uczono, w tej chwili w programie już są elementy medycyny paliatywnej. To już dobry punkt zaczepienia, ale takich zajęć jest zo mało. Odporności na stres musimy się nauczyć sami. Jak? Dbać o higienę psychiczną. Trzeba po prostu mieć własne życie, chociaż bardzo trudno postawić wyraźną granicę między pracą a resztą życia. Bo my swoich pacjentów nosimy w sobie, pamiętamy o nich. Nawet ci, co odeszli wracają do nas często w różnych sytuacjach. Niektórzy mieli zagmatwane życie rodzinne, udało nam się wyprostować te ścieżki, doprowadzić do pojednania - to też satysfakcja. Bo choroba zmienia w życiu wszystko, może doprowadzić do rozpadu rodziny. Jedno z małżonków nie radzi sobie, ma poczucie, że nie może sprostać sytuacji. Dla lekarza to jest też wyzwanie, by pomóc zarówno jednej jak i drugiej stronie, by umieli się skonsolidować. Dla mnie najpiękniejszy momenty są takie, gdy wokół pacjenta jednoczy się cala rodzina.
 Jeśli uczestniczy się w takim dramacie, jak śmierć, to siłą rzeczy lekarz, pielęgniarka nie może być osobą postronną.
Dobry kontakt z chorym, z jego rodziną jest bardzo ważny. Choroba nowotworowa niesie ze sobą bardzo duży stres, to są te wszystkie pytania, które zadaje się w takim momencie: dlaczego zachorowałem, czy z tego wyjdę, jakie są możliwości leczenia, co będzie z moją rodziną? Z jednej strony szczegóły medyczne, które dotyczą chemioterapii, radioterapii, czy zabiegów operacyjnych, a z drugiej delikatna sfera psychiki. Dobrze jest, kiedy chory jest prowadzony przez lekarza,któremu ufa. A do tego potrzebna jest ciepła osobowość, cierpliwość, żeby wysłuchać, wytłumaczyć.

- Ja wychodzę z założenia, że nie należy kłamać, ale każdemu powinno się przekazywać jego własną prawdę. Czasem jest nacisk rodziny, by nie mówić o chorobie. Albo odwrotnie, to chory prosi, aby nie informować najbliższych, że jest z nim źle. Są też pacjenci, którzy uruchamiają mechanizmy obronne, będą zaprzeczać chorobie, wtedy trzeba być ostrożnym, bo może to oznaczać, że nie są w stanie przyjąć prawdy i nie wolno nam jej na siłę forsować. Lekarz musi to wyczuć. Z pytań, znaków, jakie otrzymuje od pacjenta odczytać, do jakiego etapu w informowaniu o chorobie może się posunąć. Jest to dar, choć można się tej umiejętności nauczyć.

-  Tak, na początku pracy. Z bezradności. Teraz płaczę rzadziej, wiem, że łzy nic nie zmienią.

-  Tak jak każdy. Ale jestem osobą wierzącą i dla mnie śmierć to nie jest ostateczny koniec. Uważam, że jako lekarz mam coś do spełnienia i staram się z tego
dobrze wywiązać. Po prostu jest pewna pula dobra, które należy pomnażać, obdzielać nim ludzi i na ile jest to możliwe, staram się to robić. Nie uważam, że
robię coś wielkiego. Po prostu umiem to robić i chcę to robić.

-  Tak. Żeby łatwiej im było znosić cierpienie i chorobę. Modlę się, żeby można było odwrócić los, choć wiem, że to niemożliwe.

-  Właśnie tak. Czytam, slucham muzyki. Bardzo też lubię podróże. Co roku gdzieś wyjeżdżam. Izrael, Turcja, Tunezja, Hiszpania, Francja, Niemcy,Portugalia. Ostatnio byłam w Danii, bo mam tam przyjaciółkę. 

- Bardziej niż do Gołdapi ciągnie mnie w stronę Wilna, ja jestem dusza wschodnia. Mój ojciec pochodził z Wileńszczyzny. W 1945 roku dziadek wraz z całą
rodziną przyjechał na ziemie odzyskane, bo nie chciał żyć w Związku Radzieckim, a wieś Parafianów, gdzie się urodził, znalazła się na Białorusi.
Siostra dziadka wyszła za mąż w Wilnie i tam żyła, brat wyjechał do Moskwy, tam skończył studia i pracował. Trójka rodzeństwa, a każde żyło w innym kraju... Takie losy.
Dziadek był 104. mieszkańcem Gołdapi. Ojciec po raz pierwszy wrócił w swoje rodzinne strony dopiero w latach 60. Ja pojechałam tam, gdy miałam siedem lat, bardzo przeżywałam ten wyjazd, tata zostawił mnie u rodziny w Wilnie, bał się jechać z dzieckiem na wieś.
Później jeździł coraz częściej, im bardziej był chory, tym bardziej tęsknił do korzeni. Mówił, że tej nowej ziemi, gdzie mu przyszło żyć, już tak nie pokochał, wszystko, co było najlepsze zostało na wschodzie. Najwięcej przyjaciół miał wśród Ukraińców przesiedlonych w okolice Gołdapi w ramach akcji Wisła; ich tak samo pozbawiono ojczyzny. Przekazał mi tę tęsknotę.

- Moim marzeniem jest, żeby ludzie zaczęli normalnie traktować hospicjum, żeby nie reagowano strachem na to słowo. Żebyśmy nie bali się osób ciężko chorych, nie traktowali ich jak gorszych. Ruch hospicyjny w Białymstoku zaczął się w 1987 roku. Wtedy bardzo mało ludzi wiedziało o takich placówkach. Ale pracując na oddziale onkologii widzieliśmy, że nie trafiali tu ludzie często z powodu braku miejsc, umierający, z bardzo zaawansowaną chorobą. Stworzyliśmy towarzystwo, by pomóc rodzinom, które się nimi opiekowały w domach. A ponieważ były też osoby samotne, to powstała idea, by utworzyć placówkę. Przy ul. Świętojańskiej stał jednorodzinny dom, który przeznaczono do rozbiórki. Towarzystwo przy pomocy mieszkańców wyremontowało budynek i tam w 1992 roku zostało otwarte pierwsze stacjonarne hospicjum w Polsce. W maju 2002 roku, dzięki zabiegom doktora Tadeusza Borowskiego i społecznego wsparcia wielu osób otwarto dom przy ul. Sobieskiego.
W sprawie hospicjów przez te lata zrobiono już bardzo dużo, ale to wciąż za mało. Teraz czekamy na ruch decydentów, władz lokalnych i NFZ, bo na tle kraju widać, że opieka paliatywną w Białymstoku nie jest właściwie traktowana. Stacjonarna opieka jest finansowana tylko w około 60 proc. Hospicjum zrobiło tyle, ile mogło. Nie ma możliwości, by nazbierać pieniądze na etaty dla lekarzy, specjalistów. Żeby byli tu wszyscy, którzy mogą pomóc choremu: psycholog, rehabilitant, lekarz, pielęgniarki, ksiądz.

Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Alicja ZIELIŃSKA
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

artykuł z Kuriera Porannego - miasto KOBIET, 26 stycznia 2006

 Jolanta Iwanowska

 lekarz onktolog, jest tegoroczną laureatką nagrody Złote Klucze "Kuriera Porannego" w kategorii działalność społeczna. Pracuje w Białostockim Centrum Onkologii, a społecznie, od 1987 roku, w Towarzystwie Przyjaciół Chorych "Hospicjum". Była w grupie założycielskiej Towarzystwa. Jest też lekarzem specjalistą medycyny paliatywnej. Prowadzi wykłady, poszukuje funduszy na rzecz Hospicjum, zainicjowała współpracę z Filharmonią i Operą Podlaską, organizuje koncerty charytatywne i Podlaskie Spotkania z Medycyną Paliatywną oraz na terenie Białegostoku - ogólnopolską kampanię "Hospicjum to też życie".

Odsłony: 1767